Dotpay Icon

Kronika poznańskich Karmelitów Bosych

W rocznicę przybycia i założenia fundacji w Poznaniu pragniemy przybliżyć wydarzenia z przed 400 lat. Szósty z fragmentów kroniki…..

Rok Pański 1655

W marcu przybył do Poznania W. O. Eliasz od Najświętszego Sakramentu,wysłany z listami delegującymi go do przeprowadzenia wizytacji naszego klasztoru przez ówczesnego P. O. prowincjała Michała od Zwiastowania, który leżał w Warszawie z powodu pogłębiającej się choroby. Wyżej wymieniony ojciec po odbyciu tej ojcowskiej wizytacji wyruszył do Warszawy, gdzie był przeorem.

Tegoż roku dotarła już wieść, że król Szwecji [Karol Gustaw] we własnej osobie wraz z wojskiem wyruszano naszej Polski. Tymczasem zbliża się termin wyjazdu na kapitułę prowincjalną. W. O. przeor wyruszył wraz z socjuszem wybranym przed ośmioma dniami, 29 marca bieżącego roku. Nie milkną niedobre plotki, a nawet wzmagają się i pewna wieść nadchodzi, że ze Szczecina już wyruszył król z wojskiem przeciw Poznaniowi, niepokoi się całe miasto, a nawet szlachta. Ojciec wikariusz stara się dla bezpieczeństwa przenieść naszą bibliotekę do miasta. Tymczasem 30 maja bieżącego roku na przeora poznańskiego wybrany został na kapitule prowincjalnej W. O. Celestyn od Ducha Świętego, który przejeżdżając przez Warszawę, odwiedził Najjaśniejszego Króla [Jana Kazimierza], a zapytawszy o niebezpieczeństwo zagrażające Wielkopolsce ze strony Szweda i dowiedziawszy się, że nic nie zagraża, wrócił do Poznania.

 Tegoż także roku Polska za swoje grzechy słusznym sądem Bożym została nawiedzona i ukarana. Dnia 25 lipca żołnierz polski, czy to z umowy, jak wielu utrzymuje, czy raczej pokonany silą wojska szwedzkiego, czy też pozbawiony pomocy sprzymierzeńców wojennych, pod Ujściem wycofał się do miasta tak nazwanego. Nieprzyjaciel zaś swobodnie 28 lipca przybył do Poznania i wobec braku oporu, zajął miasto (tak samo i w innych miastach Wielkopolski się zdarzyło). Nasi ojcowie, zdradzeni przez polskich magnatów, dzięki miłosierdziu Bożemu znaleźli łaskę w oczach książąt i arystokratów Szwecji i przez szwedzkiego komendanta Poznania, którym był Duderstath, dość szanowani, byli traktowani uprzejmie. Bibliotekę z 56 kobiercami ukryli w kamienicy pani [Jadwigi] Strykowskiej, mieszczącej się między murami miejskimi. Idąc jednak za radami innych, chcieli kobierce wraz z pewnym wyposażeniem kościoła przewieźć do Wrocławia na Śląsk dla większego bezpieczeństwa. Kiedy nocą wyprawiali się z dopuszczenia Bożego, w drodze z powodu przewrócenia się wozu i hałasu wznieconego podczas jego podnoszenia, pochwyceni przez wojsko i zatrzymani zostali pozbawieni wszystkich kobierców, drzwi hebanowych srebrzonych ze srebrnym krzyżem od tabernakulum Najświętszego Sakramentu, komży, rokiet, płótna z wizerunkiem Najświętszego Zbawiciela skopiowanym z prawdziwego odbicia, Świętego Całunu, puszki, kielichów, alb, kap i wielu innych wizerunków ze srebra i brązu wykonanych, a szczególnie cudownego obrazu Najświętszej Maryi Panny pokrytego zlotem, które wszystkie były na jednym wozie [przewożone].

Ostatni zaś taki cud się zdarzył, zanim ten obraz Najświętszej Maryi Panny w ręce nieprzyjacielskie się dostał. W miasteczku zwanym Lwówek młodzieniec Jakub, nazwiskiem Krupik, 28 sierpnia stracił mowę od puszczania krwi do tego stopnia, że nawet słowa nie był zdolny powiedzieć. Uczyniwszy ślub, że uda się do ołtarza Najświętszej Maryi Panny u ojców Karmelitów Bosych w Poznaniu i przyjmie święty szkaplerz, spełniwszy ślub za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny odzyskał od Boga zdolność mówienia, co sam pod przysięgą w obecności tak starszych, jak i naszych ojców potwierdził. Zostało to spisane w ten sposób: „Roku Pańskiego 1655, dnia 2 września młodzieniec imieniem Jakub z miasta Lwówek, nazwiskiem Krupik, 28 sierpnia przy puszczaniu krwi stawszy się niemym uczynił ślub w wyżej wymienionym mieście udać się do świątyni Karmelitów Bosych w Poznaniu i tam przyjąć szkaplerz i wypełnić swój ślub. Przeto 2-go września po spełnieniu ślubu i przyjęciu świętego szkaplerza przywrócona została mu mowa, co sam poświadczył przysięgą wyżej wymieniony Jakub w mojej obecności komendarza św. Wojciecha i wówczas Przewielebnego Stanisława Niesobskiego, promotora Św. Anioła Stróża, a także wielebnego ojca Fulgencjusza [od św. Andrzeja], aktualnego wikariusza ojców Bosych i ojca Kandyda tegoż Zakonu, a także sławetnego Stanisława Oleksowicza, krawca z przedmieścia św. Wojciecha, o czym świadectwo daję.

Ja Mateusz z Kostrzyna, aktualny proboszcz komendatoryjny św. Wojciecha, własnoręcznie również poświadczam to, o czym powyżej, Stanisław Niesobski, promotor Bractwa Św. Anioła Stróża także ja poświadczam, brat Fulgencjusz od św. Andrzeja, karmelita bosy brat Kandyd od św. Józefa, karmelita bosy, własnoręcznie

 Ja Jakub Kmpik wyżej mianowany zeznawam, że puszczając krew zaniemówiłem był i nie mówiłem nic przez cztery dni, łubom chciał mówić, ale jakom się ofiarował do obrazu Najświętszej Panny Szkaplerza Ojców Discaleatów Bossych w Poznaniu i tam Szkaplerz przyjąć obiecował, piątego dnia zaraz przemówiłem.

Jakub Krupik ze Lwówka ręką własną.

Ta zatem skarbnica łask i wszelakiej dobroci Najświętszej Maryi Panny Pocieszycielki Strapionych, Wspomożenia Wiernych trafiła w ręce heretyków brandenburskich i została złożona w mieście brandenburskim Lansperg [Gorzów], jednak nie przy tej okazji, lecz innej, [dopisane inną ręką] Wszystko otrzymano od Szwedów pod panowaniem Gustawa Króla Szwecji Roku Pańskiego 1965.

Owa więc utrata rzeczy, która spotkała ojców dotyczyła jednego wozu. Drugi zaś wóz (któremu towarzyszył ze swoimi także rzeczami pan Stanisław Szwarc, złotnik, mieszczanin poznański) z jedwabiami, z Bożą opieką, kiedy żołnierze zajęci byli przy pierwszym wozie, przyspieszywszy biegu, uciekł i chociaż go nieprzyjaciele jak najszybciej ścigali (ponieważ Bóg ich zwodził, by tu i tam szukali), doścignąć nie dali rady. Dwa z tych zabranych kobierców, większe, lecz mniejszej wartości, w swej szczodrości pan komendant [Dudersztet] kazał nam zwrócić. Puszkę wraz z kielichem sam oddal, łagodnie nas upominając, że wbrew jego publicznemu rozporządzeniu wywoziliśmy z miasta nasze rzeczy. Teraz zachęcał, byśmy cierpliwie znosili rabunek wojskowych; rzekłbym, że ów człowiek był dla nas bardzo uprzejmy, dopóki przebywał w Poznaniu. Później wyprawiony został przez króla Szwecji przeciw Częstochowie, wkrótce odwołany do położonej w Prusiech twierdzy Marienburg [Malbork] i tam podczas wypadu przez naszych żołnierzy zabity. Wiele dobrodziejstw otrzymanych od tegoż Duderstatha za jego rządów wspominają ojcowie nasi. Zarówno mięsiwa, jak ryby dla nich na pożywienie dostarczał, a co więcej, wino do sprawowania Mszy świętej, którego wielki był wówczas w Poznaniu niedostatek. Jeśli kiedykolwiek zdarzyło się ojcom dla jakiejś sprawy przyjść do niego, jak najuprzejmiej ich, z najwyższym zdumieniem urzędników, traktował. Pośród czego nie mniej jest to godnym pamięci. Wkrótce po przybyciu syna bardzo sławnego generała szwedzkiego Kiniksmarcha [Kónigsmarcka], w jego obecności przybyli z pewnych powodów ojcowie do zamku, dopraszając się przyjęcia. Przyjąwszy ich, pan komendant w obecności urzędników przyznał chętnie ojcom niepoślednie miejsce, a gdy różni urzędnicy pili wzajemnie swoje zdrowie, ów młody Kiniksmarch za zdrowie ojców naszych puchar wina wychylił, okazawszy wpierw wiele dowodów swej ku nam życzliwości. Zdumieni wszyscy pytają o przyczynę tak dobrego wobec nas zapatrywania się. Odpowiedział, że ma rodzonego brata w tym Zakonie, który w wojsku katolickiego króla Hiszpanii [Filipa IV] dłużej służąc, na wiarę katolicką za natchnieniem Bożym nawróciwszy się, we Francji habit naszych ojców przywdział. Ten młodzieniec, ratując się ucieczką przed naszymi żołnierzami pod Gdańskiem, powierzywszy się jezioru, a także siłom i szlachetności konia, wraz z towarzyszami utopił się. Pod rządami tego Duderstatha został zburzony do fundamentów kościół Wszystkich Świętych położony poza murami miasta. Kiedy Duderstath został usunięty przez króla Szwecji, na jego miejsce został przeniesiony [tu miejsce wolne na wpisanie nazwiska] całkiem szalony. On wszystkie szpitale wraz z ich kościołami Świętego Ducha, Świętego Krzyża, św. Walentego rozkazał zburzyć, także nasz kościół wraz z klasztorem (o, jakież szkody ponieśli ojcowie, tak w sprzętach, jak i w bieliźnie kościelnej, nie zdołali bowiem wszystkiego wynieść) i wszystkie przedmieścia kazał spalić ogniem.

Było to w roku 1656. Był to dzień Wielkiego Piątku [14 IV 1656], Ojcowie nasi byli zajęci wynoszeniem rzeczy z klasztoru i kościoła. Małżonka pana [Weismana] komisarza szwedzkiego, katoliczka, wyszła z zamku z kilkoma żołnierzami, aby u nas nawiedzić grób [Pański], Prosi, by zaprowadzić ją do grobu. Została zaprowadzona do kościoła, gdzie ojcowie pracowali i wkładali wiele trudu w usuwanie i wynoszenie sprzętów. Ponownie domaga się, aby pokazano jej grób Pański, a wobec niej ojcowie wiele trudu wkładali w usunięcie krzyża i najczcigodniejszego wizerunku Zbawiciela naszego na nim zawieszonego, aby go z należną ostrożnością złożyć. Odpowiada jeden z ojców, głosem smutnym i żałobnym: „Oto nasze zajęcie, oto składamy Zbawiciela naszego, aby złożyć go w grobie, sami zaś wkrótce oczekujemy wyroku ognia”. Pobożna owa matrona łzami się zalewa i nie znając języka, nie może odpowiedzieć. Odpowiada zaś ze łzami jeden z jej towarzyszy (wydaje się, że był katolikiem).

Niech wybaczą, mówi, ojcowie, takie jest prawo wojny, taki zwyczaj bitwy. A co się tyczy naszego kościoła wraz z klasztorem, ojcowie nie doznaliby żadnej szkody, jeśliby z panem Jakubem Forgisonem, Szkotem, kalwinem, mieszczaninem poznańskim cokolwiek mieli. Z tym mężem, po naszym okrutnym spaleniu, bardzo jednak nam wtedy przydała się znajomość. Owa bowiem nasza umiarkowana uprzejmość w przesyłaniu im skromnych plonów i podejmowaniu ich z należną uprzejmością wzbudziła tyle życzliwości u wyżej wymienionego mieszczanina i wszystkich urzędników, tak szwedzkich, jak i brandenburskich, że uchroniło to nas przed wieloma niebezpieczeństwami, tak dla życia, jak i dla dobytku. Wyżej wymieniony obywatel, chociaż kalwin, bronił nas często przed licznymi napaściami i niesprawiedliwościami ze strony żołnierzy. Odkupił za własne pieniądze i oddał co cenniejsze wyposażenie liturgiczne, a mianowicie jedną białą dalmatykę, jedną czarną (już bowiem przez szeregowych żołnierzy zostały nam zrabowane), podobnie wszystkie skrzynie z zakrystii, stoły z refektarza, a także zakupiwszy ze swoich środków ornaty i antepedia z nieznanych kościołów, nam je podarował. [Ocalił] nasz eremitarz, przeciw któremu nieprzyjaciele już wznosili wielkie machiny wojenne, aby go zniszczyć; podarkami i prośbami powstrzymał ich od tego zamierzenia. Postarał się, żeby nas wygnanych z miasta odwołano z powrotem. Zaopatrywał w żywność nas i różnych innych zakonników przy różnych okazjach. Wyjednał u nieprzyjaciół, aby katolicy nie byli wzywani w dni świąteczne do kopania ziemi. Jednym słowem, obdarzył nas wieloma dobrodziejstwami, zarówno w czasach wojny, jak i w czasie bezpiecznym.

W tym samym czasie zakonnicy wszystkich zakonów zostali zwołani do ratusza i nie [pozwolono im] więcej wrócić do klasztorów, lecz natychmiast, bez brewiarzy, bez żadnej żywności na drogę, zostali zmuszeni prosto z ratusza opuścić miasto, pozostawiwszy w każdym klasztorze kogoś czy to ze starców, czy niedomagających, aby strzegli klasztorów. W naszym małym eremitarzu poleciłem pozostać ojcu Innocentemu od Ducha Świętego i bratu Błażejowi [od Narodzenia Pańskiego]. Szli za-konnicy jak apostołowie, ciesząc się, że dla imienia Jezusa Chrystusa, którego wizęrunek ukrzyżowanego nieśli przed sobą i dla wiary świętej cierpią bowiem dysydentów z nienawiści do wiary z hałasem wolało, że należy mnichów, gdy będą przeprowadzani przez most, wrzucić do rzeki. Wybiegali do nich ludzie różnego stanu, zwłaszcza katolicy, płacząc, jęcząc, chleby i napój dla wzmocnienia przynosząc. Tak wyprowadzeni zostali przez uzbrojony oddział na pole oddalone od miasta. Uwalniają ich, niech idą wolno, gdzie chcą, pod warunkiem, że pod karą śmierci nie wolno im wrócić do miasta. Tymczasem składają dzięki Bogu, Litanię o Najświętszym Imieniu Jezus, do Najświętszej Panny Maryi, do Wszystkich Świętych śpiewają czystym głosem. Po ich zakończeniu, żegnając się, idą każdy w swoją stronę, jedni więc na Śląsk, inni do domów szlachty, inni rozpraszają się po lasach, nasi nie oddaliwszy się zbytnio, częścią po lasach, częścią wędrują do domów szlachty Dobry zaś ów pan Jakub Forgizon, Szkot, kalwin, mieszczanin poznański, wyjednuje u komendanta, żeby naszym ojcom wolno było powrócić do naszego małego eremitarza. Powiadomieni przez niego wracają i zdają się na laskę nieprzyjaciół. Trzeba było widzieć tę biedę: katolicy mogli być grzebani jedynie nocą, w dzwony bić nie było wolno ani żadnych nabożeństw duchowych katolikom publicznie sprawować. Wreszcie król przekazał miasto księciu Brandenburgii, a książę ustanowił gubernatorem pana Hondebecka. Wydawał się on człowiekiem politycznym i starał się takim wszystkim pokazać, jednak powierzchownie i nieszczerze, wewnątrz bowiem był pełen złości i wściekłości przeciw katolikom. Za swoich rządów bazylikę parafialną św. Marii Magdaleny w mieście rozkazał podpalić i zbrojnym oddziałem zewsząd ją otoczywszy, zupełnie nie pozwolił bronić jej od ognia. Wszystkie ołtarze, jakie tylko były w pięciu nawach tego kościoła, a szczególnie wizerunek cudowny Chrystusa Pana Ukrzyżowanego, znajdujący się w kaplicy kupców, z wielkim pietyzmem i jak niedoskonałej wyrzeźbiony, dzwonnica z czterema wielkimi dzwonami o wspaniałym brzmieniu, wszystko doszczętnie spłonęło. W środku mensy wielkiego ołtarza wiele tysięcy florenów na nadzwyczajne potrzeby tego kościoła było schowanych przez poprzedników i pilnie strzeżonych. Znalazłszy je, nakazał potem zniszczyć wszystkie ołtarze. Takoż bazyliki Bożego Ciała ojców Karmelitów i św. Bernardyna Braci Mniejszych wraz z klasztorami nakazał spalić. Są tacy, co z pewnością utrzymują, że widzieli, jak niektórzy z heretyckich mieszczan poznańskich odprawiali nabożeństwa do diabła. To dla przestrogi dla potomnych należało spisać, nie należy jednak każdemu w duchu w to wierzyć. Nazbyt sobie ojcowie obiecywali po lasce, jaką z grzeczności złudną i pozorną w oczach nieprzyjaciela znaleźli. Żądali, aby wywieźć ze sobą do Wrocławia pewne szaty liturgiczne z drogocennych materii, a mianowicie ornaty, dalmatyki, antepedia, kapy, a także z tkanin, tak jak są kapy, alby, korporały, itd., i nie można ich było przekonać o jakimkolwiek niebezpieczeństwie. Tak więc, przeczuwając zagrażające niebezpieczeństwo, wszystkie rzeczy w obecności jakiegoś sługi, nakopawszy ziemi, na wóz załadowali i ziemią okryli, A ponieważ ów woźnica był bezczelnym pijakiem, ojcowie zaś go za pijaństwo i  bezczelność napomnieli i zganili, rozgniewany poszedł do żołnierzy i zdradził im sekret o zachowanych rzeczach, zaprowadził ich i miejsce im pokazał. Wszystko zostało przez żołnierzy zabrane i nic nie oddano.

A skoro ów mały eremitarz był zbyt ciasnym i niewygodnym mieszkaniem dla naszych ojców, narażonym na częste najścia żołnierzy i rabunki, poprosili komendanta, aby wolno było im wybudować sobie coś, tak na kuchnię, jak i na refektarz. Przeto on sam zeszedł do nich, osobiście odmierzył wysokość, długość i szerokość ogrodu, ile mają zabudować, ile ogrodzić i nie więcej, pod pewnymi karami. Ojcowie więc, którzy przy tym byli obecni: ojciec Bernard od św. Józefa, podprzeor i ojciec Fulgencjusz od św. Andrzeja, własnoręcznie zabrali się do dzieła i wybudowali refektarzyk z kredensikiem i kuchnią, otoczyli ogrodzeniem według wymiarów wyznaczonych przez komendanta.

Tegoż roku 1656 wielka zaraza rozprzestrzeniała się wśród Szwedów mieszkających w Poznaniu, tą też chorobą zaraził się i ojciec Kandyd od św. Józefa i zmarł w klasztorze, pochowany został na cmentarzu nowego naszego kościoła. Bóg w końcu ulitowawszy się w swej łaskawości nad królestwem swoim katolickim, zaczął je podnosić i przywrócił Polakom ducha, którego był im zabrał z powodu ich grzechów, powiększył dla pokonania nieprzyjaciół swojej wiary. Wielu spośród Szwedów do-znało klęski w Wielkopolsce pod Kościanem, w tym przedniejsi, za sprawą samej Bożej Mocy i za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny i Świętych Patronów, jak sami Polacy rozsądnie przyznają, nie zaś dzięki ich sile walczącej w imię swego Królestwa. Kiedy już wiele miast zostało przez Polaków odzyskane, a nieprzyjaciele ustąpili z wielu miejsc, Polacy z wojskiem swoim zbliżali się i niedaleko Poznania obóz przemieścili. Tylekroć atakowali nasi podjazdami na polach poznańskich, że łąki, konie nieprzyjaciół zabierali i oblężeniem nękali Poznań.

. cdn…. kolejna część 23-02

  • Kronika poznańskich Karmelitów Bosych- Wydawnictwo Miejskie Poznań 2001